Wytrwale do celu

Rozmowa z Wojtkiem Depą, bokserem zawodowym. Ciężko mu usiedzieć w jednym miejscu. Nieustannie rozpiera go energia.
Nawet podczas tej rozmowy bawi się telefonem komórkowym. Przeprasza, ale nie potrafi siedzieć spokojnie. – Wiem, zachowuję się jakbym ciągle był naspeedowany – śmieje się. Nic dziwnego, przecież cały dzień jest na wysokich obrotach. Mówi szybko, konkretnie. Poza tym doskonale wie, czego chce. A marzy o tytule mistrza świata – nad tym pracuje intensywnie już od 22 lat.
Wojtek Depa już jedenaście razy zdobył złoty medal na turniejach międzynarodowych. Trenuje boks od dziesiątego roku życia. Od dwóch lat jest bokserem zawodowym - stoczył już pięć walk i pięć wygrał przez KO (nokaut).
Pracowity dzień
Mój dzień zaczyna się rano o 5:40. Muszę wstawać tak wcześnie, ponieważ co dzień czeka mnie cztery treningi: bieganie, basen, siłownia i boks. Po każdym przyjeżdżam i pół godzinki leżę, żeby zregenerować siły. Ważne są też posiłki. Jem właściwie wszystko, ale co godzinę. Mogę zjeść nawet coś tłustego, bo zaraz i tak to spalę.
Zawsze zaczynam od biegania. Lato czy zima – dla mnie to bez znaczenia. Nie zarzynam się jednak robiąc od razu 12 km. Wolę krótki, ale intensywny trening. Zwykle robię interwały. Przebiegam odcinek 1 km, ale dzielę go na krótsze: 10-15 metrów biegnę sprintem, potem reguluję oddech i znowu bieg.
Potem jest basen – pływam bez przerwy 45 minut w stałym tempie.
Najważniejszy i najdłuższy jest mój trening boksu. Zaczyna się od kilkuminutowej rozgrzewki, skakania na skakance i pracy na worku. Raz w tygodniu mam też ostry sparing. Wygląda to zwykle tak: jeśli schodzę z niego o własnych siłach, to jest dobrze, ale jeśli nie schodzę o własnych siłach, to jest bardzo dobrze.
Mam jednego trenera, który zna mnie od samego początku, jako dziesięciolatek zaczynałem się u niego uczyć. Trener wie o mnie wszystko, zna mój organizm i jego możliwości.
Raz w tygodniu robię sobie odnowę biologiczną – sauna i komora kriogeniczna, a potem masaż. Pomaga mi się to zrelaksować.
Trenuję przez cały rok. Właściwie to tylko w sierpniu mogę nieco odpocząć, ale i tak chodzę wtedy na siłownię, żeby się stawy nie zastały. Trzeba pamiętać, że ze sportu nie można tak po prostu jednego dnia zrezygnować. Jeśli ktoś trenuje zawodowo, a potem nagle przestaje, to staje się kaleką. Jest to dramat dla organizmu. Zaczynają się problemy z tarczycą, zwłaszcza u kobiet. Bardzo ważne jest więc, gdy ktoś kończy z karierą sportową, by jeszcze stopniowo ten sport dozował. To tak jak z paleniem. Nie można od razu z dnia na dzień rzucić.
Uczyć się od mistrza…
Raz do roku wyjeżdżam na zgrupowanie do Afryki. Zaprasza mnie tam zaprzyjaźniony bokser zawodowy Naseem Hamed zwany Czarnym Księciem (Prince). Zgrupowanie trwa 14 dni. Codziennie są 10-godzinne treningi, które odbywają się na terenie nowoczesnego kompleksu. Rozpoczynają się już o 4:00 rano, kończą o 21:00. Zaczynamy tak wcześnie z uwagi na klimat, o 4:00 jest jeszcze chłodno, więc można pobiegać. Te zgrupowania to niesamowita przygoda.
Zaczęło się poprzez kontakt mailowy. Napisałem do Naseema, że go podziwiam i biorę z niego przykład. Odpisał mi. Spytał, jakie mam tu warunki do trenowania. Tak zaczęliśmy korespondować, aż któregoś dnia zaprosił mnie do siebie.
Uważam, że takiego talentu jak on do tej pory na świecie nie było. Naseem Hamed to prawdziwy wirtuoz. Może walczyć mając ręce z tyłu za sobą, ale i tak w odpowiednim momencie uderzy. Nie znam drugiego tak szybkiego. To fenomen boksu i od niego staram się uczyć.
Nie zawsze trzeba używać siły
Od dziesięciu lat sam jestem trenerem boksu. Jako pedagog staram się młodych, zbuntowanych nieraz ludzi nauczyć szacunku dla drugiego człowieka. Nie zawsze trzeba używać siły. Sam nie pamiętam, kiedy ostatni raz się biłem gdzieś na ulicy. Zawsze, gdy ktoś mnie zaczepia, ustępuję mu. Mówię: Przepraszam, jesteś lepszy. I idę w swoją stronę, by nie wdawać się w bójkę.
Jestem też kuratorem społecznym. Moja rola jako trenera boksu nie ogranicza się do samego treningu. Muszę zapoznać się z sytuacją rodzinną podopiecznego, z jego środowiskiem. Boks ma mu pomóc rozwiązać problemy, ale na zasadzie spokoju, wyciszenia, pozbycia się negatywnych emocji.
Boks jest dla mnie swego rodzaju filozofią. Napisałem nawet książkę o tym sporcie - Boks kompendium wiedzy. Porusza ona właściwie wszystkie zagadnienia związane z boksem – historię, techniki walki, omówienia ćwiczeń, psychologię, dietetykę, regenerację, systematykę treningu, doping, sprawy antydopingowe, przepisy dotyczące boksu zawodowego i amatorskiego.
Bokser – prawnik… Dziwne? Ale prawdopodobne
W 2004 roku wydałem książkę Prawa oskarżonego do obrony de lege lata – poświęcona jest osobie oskarżonej. Na rynku prawniczym dotąd nie było takiego opracowania.
Od dwóch lat studiuję prawo. Pracuję też w kancelarii adwokackiej. Mój mentor, pan mecenas, kieruje moją karierą. Teraz opracowuję kolejną książkę Prawa pokrzywdzonego in polonorum legibus poenalibus.
Jednocześnie działam w Stowarzyszeniu na rzecz Obrony Praw Człowieka. Występuję na procesach cywilnych i karnych jako tak zwany czynnik społeczny. Moim zadaniem jest baczenie, by prawa osób, przede wszystkim pokrzywdzonych i jednocześnie oskarżonych, nie były naruszane.
Wyciszenie… tylko w górach
Często chodzę po górach. Zajmuję się też biegiem zjazdowym – szybka jazda na nartach. Boks i narciarstwo to dla mnie dyscypliny nierozerwalne.
W górach się odprężam. Przed walką, gdy potrzebuję się wyciszyć, często jadę w góry. Wyłączam wtedy telefon, nie ma mnie dla nikogo.
W 2004 roku na Orlej Perci lub Kozim Wierchu, dokładnie nie pamiętam, spotkałem dziecko. Rodzice na tak trudny i stromy szlak wzięli siedmiolatka. Na samym szczycie chłopiec, który był chory na astmę, dostał zapaści. Rodzice nie wzięli ze sobą inhalatora. Zaczęli histeryzować. Chłopczyk przez moment nie oddychał. Zacząłem wtedy masaż serca i sztuczne oddychanie. Udało mi się go uratować.
Od tamtej pory zacząłem się interesować ratownictwem medycznym. W górach można spotkać wiele osób, które zupełnie nie są przygotowane wspinaczki. Na Szpiglasowej Przełęczy widziałem kiedyś parę studentów w japonkach! Nie mam pojęcia jak oni tam weszli, a tym bardziej, jak stamtąd zeszli!
Zacząłem studiować specjalne ratownictwo medyczne, żeby wiedzieć, jak się w razie wypadku zachować. Chciałbym też później społecznie popracować w ratownictwie śmigłowcowym.
Tradycje rodzinne
Boksuję od dziesiątego roku życia. Jako amator robiłem to przez 21 lat, jako zawodowiec – dopiero niespełna 2 lata. Można powiedzieć, że boks to tradycja rodzinna, mój tata też był bokserem.
Poza tym w mojej rodzinie bardzo silne są tradycje patriotyczne. Mój wujek, Tadeusz Karczewski pseudonim „Wierzba”, brał udział w „akcji Koppe”, nieudanym zamachu pod Wawelem na Wilhelma Koppe, wyższego dowódcę SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie. Z kolei mój tata, pseudonim „Jur”, to rodowity Warszawiak, walczył w powstaniu warszawskim. Dzisiaj sam działam w stowarzyszeniu na rzecz obronności kraju.
Anna Maria Piątkowska
Więcej informacji o Wojtku Depie na stronie internetowej www.bokszawodowy.pl
Wojtek Depa już jedenaście razy zdobył złoty medal na turniejach międzynarodowych. Trenuje boks od dziesiątego roku życia. Od dwóch lat jest bokserem zawodowym - stoczył już pięć walk i pięć wygrał przez KO (nokaut).
Pracowity dzień
Mój dzień zaczyna się rano o 5:40. Muszę wstawać tak wcześnie, ponieważ co dzień czeka mnie cztery treningi: bieganie, basen, siłownia i boks. Po każdym przyjeżdżam i pół godzinki leżę, żeby zregenerować siły. Ważne są też posiłki. Jem właściwie wszystko, ale co godzinę. Mogę zjeść nawet coś tłustego, bo zaraz i tak to spalę.
Zawsze zaczynam od biegania. Lato czy zima – dla mnie to bez znaczenia. Nie zarzynam się jednak robiąc od razu 12 km. Wolę krótki, ale intensywny trening. Zwykle robię interwały. Przebiegam odcinek 1 km, ale dzielę go na krótsze: 10-15 metrów biegnę sprintem, potem reguluję oddech i znowu bieg.
Potem jest basen – pływam bez przerwy 45 minut w stałym tempie.
Najważniejszy i najdłuższy jest mój trening boksu. Zaczyna się od kilkuminutowej rozgrzewki, skakania na skakance i pracy na worku. Raz w tygodniu mam też ostry sparing. Wygląda to zwykle tak: jeśli schodzę z niego o własnych siłach, to jest dobrze, ale jeśli nie schodzę o własnych siłach, to jest bardzo dobrze.
Mam jednego trenera, który zna mnie od samego początku, jako dziesięciolatek zaczynałem się u niego uczyć. Trener wie o mnie wszystko, zna mój organizm i jego możliwości.
Raz w tygodniu robię sobie odnowę biologiczną – sauna i komora kriogeniczna, a potem masaż. Pomaga mi się to zrelaksować.
Trenuję przez cały rok. Właściwie to tylko w sierpniu mogę nieco odpocząć, ale i tak chodzę wtedy na siłownię, żeby się stawy nie zastały. Trzeba pamiętać, że ze sportu nie można tak po prostu jednego dnia zrezygnować. Jeśli ktoś trenuje zawodowo, a potem nagle przestaje, to staje się kaleką. Jest to dramat dla organizmu. Zaczynają się problemy z tarczycą, zwłaszcza u kobiet. Bardzo ważne jest więc, gdy ktoś kończy z karierą sportową, by jeszcze stopniowo ten sport dozował. To tak jak z paleniem. Nie można od razu z dnia na dzień rzucić.
Uczyć się od mistrza…
Raz do roku wyjeżdżam na zgrupowanie do Afryki. Zaprasza mnie tam zaprzyjaźniony bokser zawodowy Naseem Hamed zwany Czarnym Księciem (Prince). Zgrupowanie trwa 14 dni. Codziennie są 10-godzinne treningi, które odbywają się na terenie nowoczesnego kompleksu. Rozpoczynają się już o 4:00 rano, kończą o 21:00. Zaczynamy tak wcześnie z uwagi na klimat, o 4:00 jest jeszcze chłodno, więc można pobiegać. Te zgrupowania to niesamowita przygoda.
Zaczęło się poprzez kontakt mailowy. Napisałem do Naseema, że go podziwiam i biorę z niego przykład. Odpisał mi. Spytał, jakie mam tu warunki do trenowania. Tak zaczęliśmy korespondować, aż któregoś dnia zaprosił mnie do siebie.
Uważam, że takiego talentu jak on do tej pory na świecie nie było. Naseem Hamed to prawdziwy wirtuoz. Może walczyć mając ręce z tyłu za sobą, ale i tak w odpowiednim momencie uderzy. Nie znam drugiego tak szybkiego. To fenomen boksu i od niego staram się uczyć.
Nie zawsze trzeba używać siły
Od dziesięciu lat sam jestem trenerem boksu. Jako pedagog staram się młodych, zbuntowanych nieraz ludzi nauczyć szacunku dla drugiego człowieka. Nie zawsze trzeba używać siły. Sam nie pamiętam, kiedy ostatni raz się biłem gdzieś na ulicy. Zawsze, gdy ktoś mnie zaczepia, ustępuję mu. Mówię: Przepraszam, jesteś lepszy. I idę w swoją stronę, by nie wdawać się w bójkę.
Jestem też kuratorem społecznym. Moja rola jako trenera boksu nie ogranicza się do samego treningu. Muszę zapoznać się z sytuacją rodzinną podopiecznego, z jego środowiskiem. Boks ma mu pomóc rozwiązać problemy, ale na zasadzie spokoju, wyciszenia, pozbycia się negatywnych emocji.
Boks jest dla mnie swego rodzaju filozofią. Napisałem nawet książkę o tym sporcie - Boks kompendium wiedzy. Porusza ona właściwie wszystkie zagadnienia związane z boksem – historię, techniki walki, omówienia ćwiczeń, psychologię, dietetykę, regenerację, systematykę treningu, doping, sprawy antydopingowe, przepisy dotyczące boksu zawodowego i amatorskiego.
Bokser – prawnik… Dziwne? Ale prawdopodobne
W 2004 roku wydałem książkę Prawa oskarżonego do obrony de lege lata – poświęcona jest osobie oskarżonej. Na rynku prawniczym dotąd nie było takiego opracowania.
Od dwóch lat studiuję prawo. Pracuję też w kancelarii adwokackiej. Mój mentor, pan mecenas, kieruje moją karierą. Teraz opracowuję kolejną książkę Prawa pokrzywdzonego in polonorum legibus poenalibus.
Jednocześnie działam w Stowarzyszeniu na rzecz Obrony Praw Człowieka. Występuję na procesach cywilnych i karnych jako tak zwany czynnik społeczny. Moim zadaniem jest baczenie, by prawa osób, przede wszystkim pokrzywdzonych i jednocześnie oskarżonych, nie były naruszane.
Wyciszenie… tylko w górach
Często chodzę po górach. Zajmuję się też biegiem zjazdowym – szybka jazda na nartach. Boks i narciarstwo to dla mnie dyscypliny nierozerwalne.
W górach się odprężam. Przed walką, gdy potrzebuję się wyciszyć, często jadę w góry. Wyłączam wtedy telefon, nie ma mnie dla nikogo.
W 2004 roku na Orlej Perci lub Kozim Wierchu, dokładnie nie pamiętam, spotkałem dziecko. Rodzice na tak trudny i stromy szlak wzięli siedmiolatka. Na samym szczycie chłopiec, który był chory na astmę, dostał zapaści. Rodzice nie wzięli ze sobą inhalatora. Zaczęli histeryzować. Chłopczyk przez moment nie oddychał. Zacząłem wtedy masaż serca i sztuczne oddychanie. Udało mi się go uratować.
Od tamtej pory zacząłem się interesować ratownictwem medycznym. W górach można spotkać wiele osób, które zupełnie nie są przygotowane wspinaczki. Na Szpiglasowej Przełęczy widziałem kiedyś parę studentów w japonkach! Nie mam pojęcia jak oni tam weszli, a tym bardziej, jak stamtąd zeszli!
Zacząłem studiować specjalne ratownictwo medyczne, żeby wiedzieć, jak się w razie wypadku zachować. Chciałbym też później społecznie popracować w ratownictwie śmigłowcowym.
Tradycje rodzinne
Boksuję od dziesiątego roku życia. Jako amator robiłem to przez 21 lat, jako zawodowiec – dopiero niespełna 2 lata. Można powiedzieć, że boks to tradycja rodzinna, mój tata też był bokserem.
Poza tym w mojej rodzinie bardzo silne są tradycje patriotyczne. Mój wujek, Tadeusz Karczewski pseudonim „Wierzba”, brał udział w „akcji Koppe”, nieudanym zamachu pod Wawelem na Wilhelma Koppe, wyższego dowódcę SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie. Z kolei mój tata, pseudonim „Jur”, to rodowity Warszawiak, walczył w powstaniu warszawskim. Dzisiaj sam działam w stowarzyszeniu na rzecz obronności kraju.
Anna Maria Piątkowska
Więcej informacji o Wojtku Depie na stronie internetowej www.bokszawodowy.pl



(1)

Napisz komentarz