Uśmiech pomaga

Rozmowa z Grażyną Korzeniowską, Przewodniczącą Krakowskiego Towarzystwa „Amazonek”
Sufit się zawalił
Sama sobie znalazłam guzka. To był rok 1987, Niedziela Palmowa. Cała rodzina już spała, a ja zaczynałam oglądać film. Przy przykrywaniu się kołdrą, dotknęłam piersi i poczułam, że pod brodawką mam guzek. W poniedziałek cały dzień sprawdzałam, czy to jeszcze jest. W środę poszłam już na badanie. Była na ul. Długiej otwarta poradnia onkologiczna. Pamiętam, jak mi pani doktor badała węzły chłonne - skakały jej jak piłeczka pod ręką. Sama wtedy zauważyłam, że są powiększone.
Dostałam od razu skierowanie na onkologię. Nawet nie wiem, jak szybko dobiegłam wtedy na ul. Garncarską. Kazano mi przyjść w Wielki Czwartek
Mąż mnie wtedy podwiózł. Powiedziałam mu, żeby poszedł do pracy, bo ja pewnie dostanę jakąś pastylkę i będzie dobrze. Gdy weszłam jednak do gabinetu, lekarz już po pierwszym badaniu od razu, jak tylko dotknął mojej lewej piersi, powiedział: „Pierś do amputacji”. Nie ukrywam, że sufit mi się zawalił. Jak to? Pierś do odcięcia? Nie mogłam się z tym pogodzić. Podał mi od razu terminy operacji. Wymienia pierwszy – powiedziałam: „Matura ustna”. Mój starszy syn miał wtedy zdawać maturę. Drugi termin – pisemna. W końcu przyjęłam trzeci, który wymienił.
Wyszłam na korytarz i wtenczas się rozpłakałam. To był Wielki Czwartek. Inne panie wtedy piekły i gotowały….
Trzeba było urządzić święta. Poszłam jednak jeszcze do sąsiadki i opowiedziałam jej o wszystkim. Ta zadzwoniła do lekarki, która już była po takiej operacji. Ja się rozpłakałam, zaczęłam mówić, że sobie nie poradzę, że mam przecież małe dziecko, a drugi syn maturę zdaje. Wtedy ona wylała mi kubeł zimnej wody na głowę. Powiedziała: „Maturę miałaś już swoją, a Konrad (syn) sobie poradzi. Myśl o tym drugim dziecku.” Przyspieszyła mi termin operacji.
Byłam operowana 29 kwietnia. I wyszłam na dzień przed maturą starszego syna. W szpitalu w ogóle nie miałam czasu myśleć o tym, co przechodzę. Mamy kolegów Konrada przychodziły do mnie, pytały co robić, jak urządzić poczęstunek dla grona, co przygotować.
Zrobiłam niestety jeden błąd - nie powiedziałam starszemu synowi, po co idę do szpitala. Dowiedział się przypadkiem od nauczycielki, która mu powiedziała, żeby się nie martwił, bo ona jest 20 lat po takiej operacji i mamie na pewno się też uda. Wtedy przyszedł do mnie z pretensjami, że mu nie powiedziałam. W tym momencie sama mówię wszystkim matkom, że nawet najgorszą prawdę trzeba powiedzieć dziecku. Nie wolno tego przed dziećmi ukrywać.
W poniedziałek syn napisał maturę, a ja potem poszłam do szpitala i dowiedziałam się, że będę brała chemię. Źle ją przechodziłam. Nie było wtedy przecież takiego wsparcia, jak dziś. Nie było Amazonek. Poza tym nie zdawałam sobie sprawy jaka jestem słaba. Dopiero jak syn przyszedł i powiedział: „Mamusiu, jestem na liście przyjętych”, a ja tak bardzo chciałam tę listę zobaczyć, okazało się, że nie dam rady. Byłam za słaba… Chemię brałam do listopada. Była tez radioterapia.
Mieć dla kogo żyć
Początki po operacji były naprawdę ciężkie. Piersi to jest przecież atrybut kobiety. Piersią się karmi dzieci, piersi rosną, potem się piersi podobają. A jak są chore – to niedobrze. Tej piersi nie ma. Początki są zawsze ciężkie. Każda z nas ma jednak jakąś motywację. Ja miałam wsparcie w rodzinie. Wiedziałam, że jestem im potrzebna. Myślałam cały czas o mężu i o dzieciach. Dla tych mężczyzn musiałam żyć. Nike dopuszczałam myśli ze te dzieci mogą nie mieć matki. Tak też mówimy matkom w szpitalu, że mają żyć dla dzieci, a babciom z kolei – żyć dla wnuków. Są te cele, motywacje, dla których trzeba żyć.
Początki Towarzystwa „Amazonek” w Krakowie
Jakiś czas później pojechałam do sanatorium i tam poznałam dziewczyny z Warszawy, które miały Klub Amazonek. Na zaproszenie znalazłam się w stolicy, gdzie poznałam przewodniczącą Amazonek i złapałam takiego bakcyla, że postanowiłam zrobić wszystko, by coś takiego powstało u nas w Krakowie. Zdawałam sobie jednak sprawę, że w tak dużym mieście sama nie mogę tego zrobić. Na szczęście lekarze z Instytutu Onkologii z ul. Garncarskiej w 1991 roku takie stowarzyszenie sami założyli. Ogłosili w gazecie, że pierwsze spotkanie kobiet po operacji piersi odbędzie się w Instytucie Onkologii 25 maja.
Przyszło chyba 70 osób. Spotkałyśmy się na korytarzu w Instytucie. Przedstawiałyśmy się wtedy imionami i podawałyśmy, ile lat jesteśmy po operacji. Ja wtedy byłam 4 lata po.
Początkowo spotykałyśmy się w Instytucie na ul. Garncarskiej, ale jedna z pań, która była dyrektorem w Jubilacie wystarała się o udostępnienie nam świetlicy. Od tej pory tam organizowałyśmy spotkania. Na jednym z zebrań zostałam wybrana przewodnicząca towarzystwa i jestem nią do tej pory.
Przeszłyśmy ciężką drogę. Trzeba było opracować statut, zarejestrować klub w sądzie, założyć konto. Opracowałyśmy program i pozyskałyśmy środki z Urzędu Miasta Krakowa na działalność towarzystwa opierającą się zarówno na wsparciu psychicznym i fizycznym. Zaczęłyśmy między sobą wymieniać się doświadczeniami.
Amazonki pomagają
W stowarzyszeniu znaczącą rolę pełnią ochotniczki (wolontariuszki). Są to kobiety, które same już przeszły raka piersi, a także zostały specjalnie przeszkolone przez onkologa, dostały certyfikat i mogą udzielać porad panią chorym na raka. Wspomagają psychicznie kobiety, które przychodzą przed lub parę miesięcy po operacji, by porozmawiać. Albo też mają dyżury pod telefonem zaufania. Sama w 1992 roku zostałam przeszkolona i jako ochotniczka chodzę do Instytutu Onkologii, by rozmawiać z pacjentkami. Mówię paniom, co mają robić, żeby się im ten sufit nie zapadał…
Udzielamy także informacji, co robić, żeby kobiety nie musiały być amazonkami. Chodzimy do szkół średnich, rozmawiamy z dziewczętami, które pragną wiedzy dla siebie, ale i dla swoich mam i babć. Należy przyznać, że duże jest też zainteresowanie ze strony chłopców. Mówią, że oni też mają przecież w domu mamy i babcie, i dlatego powinni wiedzieć o wszystkim, by je chronić.
Oprócz wsparcia psychicznego, mamy tez i wsparcie fizyczne. Prowadzimy mianowicie regularnie gimnastykę. Początkowo wynajmowałyśmy salę w różnych szkołach, ale od kilku lat Ojcowie Kapucyni na ul. Loretańskiej użyczają nam sali dwa razy w tygodniu. Gimnastyka jest bezpłatna dla członkiń Towarzystwa Amazonek. Oprócz tego chodzimy też na basen w szpitalu im. L. Rydygiera. Rehabilitantka stoi na brzegu i pokazuje ćwiczenia, a panie wykonują je w wodzie.
Dla Amazonek ćwiczenia są bardzo ważne. Trzeba bowiem usprawnić rękę. Wszystkie problemy z poruszaniem ręką związane są nie z tym, że nie mamy piersi, ale z tym, że mamy usunięte węzły chłonne. Jeśli panie o siebie nie dbają, podnoszą coś cięższego, może dojść do obrzęku limfatycznego. Aby temu zapobiec, potrzebna jest zatem gimnastyka ręki.
Każda kobieta po operacji musi się zaopatrzyć w protezę, refundowaną przez NFZ. Proteza powinna mieć ciężar i wielkość zdrowej piersi. Wkładana jest do odpowiedniego staniczka z kieszonką, więc nie ma obawy, że się wysunie. Jak jest dobrze dobrana, nie powinno być też problemów z kręgosłupem. Od dziewięciu lat sama pomagam paniom w sklepie medycznym dobrać odpowiednią protezę. Dawniej nie było protez silikonowych, ani odpowiedniej bielizny. Na szczęście dziś mamy odpowiednie, przyjmujące temperaturę ciała i wygodne protezy.
Co miesiąc na spotkanie członkiń klubu staramy się zaprosić lekarza na krótką pogadankę. Wiadomo, że jak się chodzi na wizytę, nie zawsze się o wszystko jest w stanie zapytać. Radzę wiec paniom, by sobie pytania spisywały, bo jak się jest zdenerwowanym, to się zapomina.
Staram się też, by to było urozmaicone. Raz przychodzą lekarze, którzy odpowiadają na pytania z zakresu radioterapii czy chemioterapii. Innym razem ginekolodzy, dietetycy, chirurdzy, a nawet i kosmetolodzy. Wiadomo, że dalej jesteśmy przecież kobietami.
Organizujemy także wspólną Wigilię, zawsze w kawiarni Zalipianki kilka dni przed świętami. Przychodzą wtedy też do nas lekarze z Instytutu Onkologii, którzy cały czas żyją z nami w wielkiej przyjaźni. Dzielimy się opłatkiem i życzymy co najlepsze. Poza wigilią wspólnie przygotowujemy też poczęstunek na Wielkanoc i z okazji Dnia Kobiet.
Raz do roku natomiast organizujemy marsz Amazonek. W październiku odbył się on już po raz trzynasty.
Siedziba Krakowskiego Towarzystwa „Amazonek” mieści się obok Instytutu Onkologii przy ul. Garncarskiej 11. Jest to bardzo dobre miejsce. Gdy panie idą do lekarza, otrzymują diagnozę, mogą do nas od razu przyjść Dostaną zawsze wsparcie, czy to poradę, czy kawę, herbatę, czy kropelki. Zawsze mogą do nas przyjść, od poniedziałku do piątku od 10:00 do 12:30. Prowadzimy też telefon zaufania – (012) 422 99 00 wew. 235, od poniedziałku do piątku (10:00-12:30). I zawsze służymy dobrą rozmową.
Uśmiech pomaga
Kobiety przeważnie chcą się zrzeszać, chcą spotykać z innymi, dzielić się swoimi problemami. Ale są jednak i takie, które nie chcą o tym mówić, wolą się raczej odciąć od choroby, od tej całej drogi, którą przeszły. Są po chemioterapii czy radioterapii i nie chcą mieć już z tym nic wspólnego. Trzeba to uszanować. Poza tym zdarzają się i takie, co były u nas, potem odeszły, aż wreszcie wracają.
U nas zawiązują się grupy, przyjaźnie. Przecież my nie rozmawiamy tu tylko o chorobach. Spotykamy się nie tylko w klubie, ale razem jeździmy też na wczasy rehabilitacyjne, chodzimy do kina, na działkę piec ziemniaki.
Człowiek ma przyjaźnie w szkole, potem w pracy, a w tej chwili ja żyję z Amazonkami. Moje życie bardzo się zmieniło. Zauważyłam, że jestem bardziej wrażliwa. Czuję się też bardziej dowartościowana. To przyznaje tez wiele innych kobiet.
Ponadto Amazonki zaczynają bardziej dbać o siebie. Chcą przez to ukryć brak piersi. Kupujemy nową bluzeczkę, nowy kosmetyk, bo przecież dalej jesteśmy kobietami. Ta choroba nas zmienia, ale tylko na lepszych ludzi.
Sama zawsze mówię z pokorą, że wygrałam z rakiem na dzień dzisiejszy. Dziś jestem 22 lata po operacji. Znam jednak wiele przypadków, dużo też na ten temat wiem… Nigdy nie można powiedzieć, że pokonało się na zawsze nowotwór, dlatego mówię, że wygrałam na dzień dzisiejszy.
Poza tym dużo się uśmiecham. Myślę, że ten uśmiech chyba pomaga ludziom chorym.
Krakowskie Towarzystwo „Amazonki”
ul. Garncarska 11
31-115 Kraków
Tel. (012) 422 99 00 wew. 235
dyżury w siedzibie klubu od poniedziałku do piątku w godz. 10:00 – 12:30
Sama sobie znalazłam guzka. To był rok 1987, Niedziela Palmowa. Cała rodzina już spała, a ja zaczynałam oglądać film. Przy przykrywaniu się kołdrą, dotknęłam piersi i poczułam, że pod brodawką mam guzek. W poniedziałek cały dzień sprawdzałam, czy to jeszcze jest. W środę poszłam już na badanie. Była na ul. Długiej otwarta poradnia onkologiczna. Pamiętam, jak mi pani doktor badała węzły chłonne - skakały jej jak piłeczka pod ręką. Sama wtedy zauważyłam, że są powiększone.
Dostałam od razu skierowanie na onkologię. Nawet nie wiem, jak szybko dobiegłam wtedy na ul. Garncarską. Kazano mi przyjść w Wielki Czwartek
Mąż mnie wtedy podwiózł. Powiedziałam mu, żeby poszedł do pracy, bo ja pewnie dostanę jakąś pastylkę i będzie dobrze. Gdy weszłam jednak do gabinetu, lekarz już po pierwszym badaniu od razu, jak tylko dotknął mojej lewej piersi, powiedział: „Pierś do amputacji”. Nie ukrywam, że sufit mi się zawalił. Jak to? Pierś do odcięcia? Nie mogłam się z tym pogodzić. Podał mi od razu terminy operacji. Wymienia pierwszy – powiedziałam: „Matura ustna”. Mój starszy syn miał wtedy zdawać maturę. Drugi termin – pisemna. W końcu przyjęłam trzeci, który wymienił.
Wyszłam na korytarz i wtenczas się rozpłakałam. To był Wielki Czwartek. Inne panie wtedy piekły i gotowały….
Trzeba było urządzić święta. Poszłam jednak jeszcze do sąsiadki i opowiedziałam jej o wszystkim. Ta zadzwoniła do lekarki, która już była po takiej operacji. Ja się rozpłakałam, zaczęłam mówić, że sobie nie poradzę, że mam przecież małe dziecko, a drugi syn maturę zdaje. Wtedy ona wylała mi kubeł zimnej wody na głowę. Powiedziała: „Maturę miałaś już swoją, a Konrad (syn) sobie poradzi. Myśl o tym drugim dziecku.” Przyspieszyła mi termin operacji.
Byłam operowana 29 kwietnia. I wyszłam na dzień przed maturą starszego syna. W szpitalu w ogóle nie miałam czasu myśleć o tym, co przechodzę. Mamy kolegów Konrada przychodziły do mnie, pytały co robić, jak urządzić poczęstunek dla grona, co przygotować.
Zrobiłam niestety jeden błąd - nie powiedziałam starszemu synowi, po co idę do szpitala. Dowiedział się przypadkiem od nauczycielki, która mu powiedziała, żeby się nie martwił, bo ona jest 20 lat po takiej operacji i mamie na pewno się też uda. Wtedy przyszedł do mnie z pretensjami, że mu nie powiedziałam. W tym momencie sama mówię wszystkim matkom, że nawet najgorszą prawdę trzeba powiedzieć dziecku. Nie wolno tego przed dziećmi ukrywać.
W poniedziałek syn napisał maturę, a ja potem poszłam do szpitala i dowiedziałam się, że będę brała chemię. Źle ją przechodziłam. Nie było wtedy przecież takiego wsparcia, jak dziś. Nie było Amazonek. Poza tym nie zdawałam sobie sprawy jaka jestem słaba. Dopiero jak syn przyszedł i powiedział: „Mamusiu, jestem na liście przyjętych”, a ja tak bardzo chciałam tę listę zobaczyć, okazało się, że nie dam rady. Byłam za słaba… Chemię brałam do listopada. Była tez radioterapia.
Mieć dla kogo żyć
Początki po operacji były naprawdę ciężkie. Piersi to jest przecież atrybut kobiety. Piersią się karmi dzieci, piersi rosną, potem się piersi podobają. A jak są chore – to niedobrze. Tej piersi nie ma. Początki są zawsze ciężkie. Każda z nas ma jednak jakąś motywację. Ja miałam wsparcie w rodzinie. Wiedziałam, że jestem im potrzebna. Myślałam cały czas o mężu i o dzieciach. Dla tych mężczyzn musiałam żyć. Nike dopuszczałam myśli ze te dzieci mogą nie mieć matki. Tak też mówimy matkom w szpitalu, że mają żyć dla dzieci, a babciom z kolei – żyć dla wnuków. Są te cele, motywacje, dla których trzeba żyć.
Początki Towarzystwa „Amazonek” w Krakowie
Jakiś czas później pojechałam do sanatorium i tam poznałam dziewczyny z Warszawy, które miały Klub Amazonek. Na zaproszenie znalazłam się w stolicy, gdzie poznałam przewodniczącą Amazonek i złapałam takiego bakcyla, że postanowiłam zrobić wszystko, by coś takiego powstało u nas w Krakowie. Zdawałam sobie jednak sprawę, że w tak dużym mieście sama nie mogę tego zrobić. Na szczęście lekarze z Instytutu Onkologii z ul. Garncarskiej w 1991 roku takie stowarzyszenie sami założyli. Ogłosili w gazecie, że pierwsze spotkanie kobiet po operacji piersi odbędzie się w Instytucie Onkologii 25 maja.
Przyszło chyba 70 osób. Spotkałyśmy się na korytarzu w Instytucie. Przedstawiałyśmy się wtedy imionami i podawałyśmy, ile lat jesteśmy po operacji. Ja wtedy byłam 4 lata po.
Początkowo spotykałyśmy się w Instytucie na ul. Garncarskiej, ale jedna z pań, która była dyrektorem w Jubilacie wystarała się o udostępnienie nam świetlicy. Od tej pory tam organizowałyśmy spotkania. Na jednym z zebrań zostałam wybrana przewodnicząca towarzystwa i jestem nią do tej pory.
Przeszłyśmy ciężką drogę. Trzeba było opracować statut, zarejestrować klub w sądzie, założyć konto. Opracowałyśmy program i pozyskałyśmy środki z Urzędu Miasta Krakowa na działalność towarzystwa opierającą się zarówno na wsparciu psychicznym i fizycznym. Zaczęłyśmy między sobą wymieniać się doświadczeniami.
Amazonki pomagają
W stowarzyszeniu znaczącą rolę pełnią ochotniczki (wolontariuszki). Są to kobiety, które same już przeszły raka piersi, a także zostały specjalnie przeszkolone przez onkologa, dostały certyfikat i mogą udzielać porad panią chorym na raka. Wspomagają psychicznie kobiety, które przychodzą przed lub parę miesięcy po operacji, by porozmawiać. Albo też mają dyżury pod telefonem zaufania. Sama w 1992 roku zostałam przeszkolona i jako ochotniczka chodzę do Instytutu Onkologii, by rozmawiać z pacjentkami. Mówię paniom, co mają robić, żeby się im ten sufit nie zapadał…
Udzielamy także informacji, co robić, żeby kobiety nie musiały być amazonkami. Chodzimy do szkół średnich, rozmawiamy z dziewczętami, które pragną wiedzy dla siebie, ale i dla swoich mam i babć. Należy przyznać, że duże jest też zainteresowanie ze strony chłopców. Mówią, że oni też mają przecież w domu mamy i babcie, i dlatego powinni wiedzieć o wszystkim, by je chronić.
Oprócz wsparcia psychicznego, mamy tez i wsparcie fizyczne. Prowadzimy mianowicie regularnie gimnastykę. Początkowo wynajmowałyśmy salę w różnych szkołach, ale od kilku lat Ojcowie Kapucyni na ul. Loretańskiej użyczają nam sali dwa razy w tygodniu. Gimnastyka jest bezpłatna dla członkiń Towarzystwa Amazonek. Oprócz tego chodzimy też na basen w szpitalu im. L. Rydygiera. Rehabilitantka stoi na brzegu i pokazuje ćwiczenia, a panie wykonują je w wodzie.
Dla Amazonek ćwiczenia są bardzo ważne. Trzeba bowiem usprawnić rękę. Wszystkie problemy z poruszaniem ręką związane są nie z tym, że nie mamy piersi, ale z tym, że mamy usunięte węzły chłonne. Jeśli panie o siebie nie dbają, podnoszą coś cięższego, może dojść do obrzęku limfatycznego. Aby temu zapobiec, potrzebna jest zatem gimnastyka ręki.
Każda kobieta po operacji musi się zaopatrzyć w protezę, refundowaną przez NFZ. Proteza powinna mieć ciężar i wielkość zdrowej piersi. Wkładana jest do odpowiedniego staniczka z kieszonką, więc nie ma obawy, że się wysunie. Jak jest dobrze dobrana, nie powinno być też problemów z kręgosłupem. Od dziewięciu lat sama pomagam paniom w sklepie medycznym dobrać odpowiednią protezę. Dawniej nie było protez silikonowych, ani odpowiedniej bielizny. Na szczęście dziś mamy odpowiednie, przyjmujące temperaturę ciała i wygodne protezy.
Co miesiąc na spotkanie członkiń klubu staramy się zaprosić lekarza na krótką pogadankę. Wiadomo, że jak się chodzi na wizytę, nie zawsze się o wszystko jest w stanie zapytać. Radzę wiec paniom, by sobie pytania spisywały, bo jak się jest zdenerwowanym, to się zapomina.
Staram się też, by to było urozmaicone. Raz przychodzą lekarze, którzy odpowiadają na pytania z zakresu radioterapii czy chemioterapii. Innym razem ginekolodzy, dietetycy, chirurdzy, a nawet i kosmetolodzy. Wiadomo, że dalej jesteśmy przecież kobietami.
Organizujemy także wspólną Wigilię, zawsze w kawiarni Zalipianki kilka dni przed świętami. Przychodzą wtedy też do nas lekarze z Instytutu Onkologii, którzy cały czas żyją z nami w wielkiej przyjaźni. Dzielimy się opłatkiem i życzymy co najlepsze. Poza wigilią wspólnie przygotowujemy też poczęstunek na Wielkanoc i z okazji Dnia Kobiet.
Raz do roku natomiast organizujemy marsz Amazonek. W październiku odbył się on już po raz trzynasty.
Siedziba Krakowskiego Towarzystwa „Amazonek” mieści się obok Instytutu Onkologii przy ul. Garncarskiej 11. Jest to bardzo dobre miejsce. Gdy panie idą do lekarza, otrzymują diagnozę, mogą do nas od razu przyjść Dostaną zawsze wsparcie, czy to poradę, czy kawę, herbatę, czy kropelki. Zawsze mogą do nas przyjść, od poniedziałku do piątku od 10:00 do 12:30. Prowadzimy też telefon zaufania – (012) 422 99 00 wew. 235, od poniedziałku do piątku (10:00-12:30). I zawsze służymy dobrą rozmową.
Uśmiech pomaga
Kobiety przeważnie chcą się zrzeszać, chcą spotykać z innymi, dzielić się swoimi problemami. Ale są jednak i takie, które nie chcą o tym mówić, wolą się raczej odciąć od choroby, od tej całej drogi, którą przeszły. Są po chemioterapii czy radioterapii i nie chcą mieć już z tym nic wspólnego. Trzeba to uszanować. Poza tym zdarzają się i takie, co były u nas, potem odeszły, aż wreszcie wracają.
U nas zawiązują się grupy, przyjaźnie. Przecież my nie rozmawiamy tu tylko o chorobach. Spotykamy się nie tylko w klubie, ale razem jeździmy też na wczasy rehabilitacyjne, chodzimy do kina, na działkę piec ziemniaki.
Człowiek ma przyjaźnie w szkole, potem w pracy, a w tej chwili ja żyję z Amazonkami. Moje życie bardzo się zmieniło. Zauważyłam, że jestem bardziej wrażliwa. Czuję się też bardziej dowartościowana. To przyznaje tez wiele innych kobiet.
Ponadto Amazonki zaczynają bardziej dbać o siebie. Chcą przez to ukryć brak piersi. Kupujemy nową bluzeczkę, nowy kosmetyk, bo przecież dalej jesteśmy kobietami. Ta choroba nas zmienia, ale tylko na lepszych ludzi.
Sama zawsze mówię z pokorą, że wygrałam z rakiem na dzień dzisiejszy. Dziś jestem 22 lata po operacji. Znam jednak wiele przypadków, dużo też na ten temat wiem… Nigdy nie można powiedzieć, że pokonało się na zawsze nowotwór, dlatego mówię, że wygrałam na dzień dzisiejszy.
Poza tym dużo się uśmiecham. Myślę, że ten uśmiech chyba pomaga ludziom chorym.
Krakowskie Towarzystwo „Amazonki”
ul. Garncarska 11
31-115 Kraków
Tel. (012) 422 99 00 wew. 235
dyżury w siedzibie klubu od poniedziałku do piątku w godz. 10:00 – 12:30



(0)

Napisz komentarz