Osiągnęła to, co wcześniej wydawało jej się niemożliwe

W czerwcu ubiegłego roku Pani Władysława przyszła do Naturhouse przy ul. Wielopole w Krakowie o dwóch kulach. Była kilka miesięcy po operacji wstawienia endoprotezy kolana. Miała poważne wahania poziomu cukru oraz stwierdzone nadciśnienie. Waga 107 kg była przyczyną utraty pewności siebie, powodowała niską samoocenę, przygnębienie i zrezygnowanie.
Dietetyczka Karolina Żmuda zmotywowała ją jednak do walki z nadwagą. Gdy Pani Władysława przekonała się, że może zrzucić zbędne kilogramy, uwierzyła w siebie, co pomogło jej do chwili obecnej stracić aż 32 kg, i to jeszcze nie koniec. Dziś jest zupełnie inną osobą, jest radosna, pełna energii, uśmiechnięta i nie potrzebuje już podpierać się kulą. Osiągnęła to, co wcześniej wydawało jej się niemożliwe.
Kiedy zaczęła mieć Pani problemy z nadwagą?
Druga sprawa to bardzo niezdrowy styl życia, jaki przez wiele lat prowadziłam, Rano wychodziłam bez śniadania, w pracy były na przemian kawa i papieros, czasem tylko, ale bardzo rzadko, schodziłam po jakąś przekąskę do bufetu. Tak naprawdę to jadłam dziennie tylko jeden ogromny posiłek i to dopiero wieczorem. Dla mnie była to, można powiedzieć „śniadanio-obiado-kolacja”.
Później przeszłam na rentę, a w końcu i na emeryturę. Wiązało się z tym mnóstwo zmartwień i stresu, czułam się po prostu nikomu niepotrzebna. Miałam niestety też tę złą przypadłość, że w sytuacjach stresowych jadłam, zajadałam stres. Tak samo nudę – gdy nie miałam co robić, siadałam przed telewizorem i jadałam, to paluszki, to opakowanie ciastek, to orzeszki ziemne, czy cały pojemnik lodów…
Byłam też takim trochę „odkurzaczem”. Zjadałam wszystko, by się nie zmarnowało. Jak coś zostało, to jadłam od razu, żeby umyć naczynia, nie chowałam do lodówki na później. Poza tym, jak gotowałam, to żeby sprawdzić, czy już jest dobre, jadłam od razu kilka łyżek.
W międzyczasie, jak już byłam na emeryturze, zapadłam na Przewlekłą Obturacyjną Chorobę Płuc i dosłownie się dusiłam. Musiałam więc rzucić palenie. A kiedy przestałam palić, zwiększył mi się oczywiście apetyt. To zbiegło się również z klimakterium, które przechodziłam bardzo ciężko.
Takim właśnie stylem życia doprowadziłam do tego, że w ubiegłym roku ważyłam 107 kg. Wyglądałam jak kolubryna. Wstydziłam się swojego wyglądu. Doszło nawet do tego, że całe miesiące siedziałam na działce, by jak najmniej ludzi mogło mnie widzieć. Z daleka omijałam lustra i chowałam się nawet przed mężem, żeby nie widział, jak okropnie wyglądam. Teraz, gdy patrzę na zdjęcia z tamtego okresu, naprawdę dziwię się, jak mogłam do takiego stanu dopuścić.
Rodzina i znajomi zaakceptowali mnie taką, jaką byłam, ale ja mimo wszystko źle czułam się z taką nadwagą, bardzo przeszkadzał mi mój wygląd. Gdy o tym mówiłam, wszyscy doradzali mi tylko, że jeśli chcę to zmienić, to muszę sama się za to wziąć, nikt tego przecież za mnie nie zrobi. Owszem, pomogą mi, ale pierwszy krok należy do mnie.
I pomagali mi. Jeszcze zanim trafiłam do Naturhouse, córka i synowa załatwiały mi kolejne kuracje odchudzające i odwoziły mnie na konsultacje dietetyczne, ponieważ nie byłam sprawna ruchowo. Nie byłam jednak do tego przekonana, nie trafiało to do mnie, a i efektów odchudzania wtedy też nie było widać.
Poza tym nikt wcześniej mnie nie motywował, nikt nie wierzył w mój sukces. Pani Karolina Żmuda, dietetyczka Naturhouse, była pierwszą osobą, która tak naprawdę we mnie uwierzyła i zachęciła mnie do walki. I takiej zachęty właśnie potrzebowałam. Po pierwszej wizycie, jak schudłam 2.5 kg, przekonałam się, że mogę to osiągnąć. Wtedy powiedziałam sobie: „ja wam pokażę!” i zaczęłam wierzyć, że potrafię schudnąć.
Jak długo czekała Pani na pierwsze efekty kuracji?
– Efekty pojawiły się już na początku, po pierwszych wizytach. Przestałam mieć zadyszkę i nadciśnienie, poziom cukru się unormował. Wszystkie wcześniejsze dolegliwości stopniowo się cofały. Po pierwszym miesiącu kuracji schudłam 6 kg. Łatwiej było mi się też poruszać, więc dopiero wtedy uwierzyłam, że operacja kolana się jednak udała. Wtedy zaczęłam też dużo spacerować i zapisałam się na pływalnię.
Dziś jestem już lżejsza o 32 kg, ale walczę dalej. Skoro nie ma żadnych przeciwwskazań, to chcę jeszcze zrzucić parę kilko. Stałam się teraz bardziej pewna siebie, wiem, że potrafię, że dam radę. Już nie jestem grubą szarą myszką, jaką byłam wcześniej.
Muszę się też przyznać, że przez pierwsze dni zachowywałam się jak przysłowiowa „blondynka”. Gdy na kartce z zaleceniami od Pani Karoliny było napisane, że mam zjeść taką i taką zupę, potem drugie danie i jogurt na deser, to ja to wszystko jadłam na raz, mimo że już po zjedzeniu połowy, byłam syta… Zaczął mnie boleć żołądek, więc wydawało mi się, że to z dietą jest coś nie tak. Na szczęście na drugiej wizycie Pani Karolina wyjaśniła mi, że przecież, jeśli nie czuję głodu, nie muszę jeść wszystkiego.
Dziś mam już swoje ulubione potrawy i wiem, co i kiedy mogę jeść. Nauczyłam się też, żeby mieć zawsze w lodówce po kilka jogurtów, chudych serków itd., by nie było sytuacji, że przychodzi pora na posiłek, a ja nie mam w domu danego produktu i nie wiem, czy zjeść coś innego, czy biec do sklepu.
I udało się. Po pierwszej wizycie spadło 2.5 kg. Gdy Pani Władzia zobaczyła wynik na jednej wadze, nie wierzyła. Potem zważyła się na drugiej i dopiero wtedy do niej dotarło, że schudła. Zmierzyłyśmy też obwody i było już po 2-3 cm mniej.
Następnie z tygodnia na tydzień było coraz lepiej. Po pewnym czasie zauważałyśmy też, że Pani Władzia pojawia się już tylko z jedną kulą, a w końcu już w ogóle bez niej. Poza tym zmiany widać było już, jak wchodziła, zanim jeszcze stawała na wagę. Od razu widziałyśmy np., że spodnie są za luźne.
W tym momencie Pani Władysława waży 75 kg, czyli od czerwca zeszłego roku udało nam się zrzucić już 32 kg, ale dążymy jeszcze, by było to 40 kg. Oczywiście w czasie kuracji pojawiły się pewne momenty kryzysowe, gdy np. w zimie był większy apetyt i waga mniej spadała, albo parę razy był też wzrost wagi, jednak korygowałyśmy to na bieżąco tzw. dietami uderzeniowymi.
W tym momencie wszystko się już zmieniło, nie tylko wagowo, ale i zdrowotnie. Odciążyłyśmy też kręgosłup i kolana. W dodatku Pani Władzia jest osobą, która tętni życiem, przychodzi z uśmiechem na twarzy. Diametralnie zmieniła się pod kątem podejścia do życia, ma takie poczucie, że nic jej już nie zniszczy, że zawsze sobie poradzi.
Kiedy zaczęła mieć Pani problemy z nadwagą?– W latach osiemdziesiątych, gdy miałam 36 lat, urodziłam drugie dziecko, córkę. Przytyłam wtedy w ciąży 20 kg i nie mogłam się już tej nadwagi pozbyć. Oczywiście próbowałam różnych metod odchudzania, stosowałam rozmaite kuracje odchudzające, raz udało mi się nawet zrzucić 16 kg, ale co z tego? Za każdym razem był efekt jo-jo. Po kuracji wracałam bowiem do swoich nawyków żywieniowych i nadwaga znów się pojawiała.
Druga sprawa to bardzo niezdrowy styl życia, jaki przez wiele lat prowadziłam, Rano wychodziłam bez śniadania, w pracy były na przemian kawa i papieros, czasem tylko, ale bardzo rzadko, schodziłam po jakąś przekąskę do bufetu. Tak naprawdę to jadłam dziennie tylko jeden ogromny posiłek i to dopiero wieczorem. Dla mnie była to, można powiedzieć „śniadanio-obiado-kolacja”.
Później przeszłam na rentę, a w końcu i na emeryturę. Wiązało się z tym mnóstwo zmartwień i stresu, czułam się po prostu nikomu niepotrzebna. Miałam niestety też tę złą przypadłość, że w sytuacjach stresowych jadłam, zajadałam stres. Tak samo nudę – gdy nie miałam co robić, siadałam przed telewizorem i jadałam, to paluszki, to opakowanie ciastek, to orzeszki ziemne, czy cały pojemnik lodów…
Byłam też takim trochę „odkurzaczem”. Zjadałam wszystko, by się nie zmarnowało. Jak coś zostało, to jadłam od razu, żeby umyć naczynia, nie chowałam do lodówki na później. Poza tym, jak gotowałam, to żeby sprawdzić, czy już jest dobre, jadłam od razu kilka łyżek.
W międzyczasie, jak już byłam na emeryturze, zapadłam na Przewlekłą Obturacyjną Chorobę Płuc i dosłownie się dusiłam. Musiałam więc rzucić palenie. A kiedy przestałam palić, zwiększył mi się oczywiście apetyt. To zbiegło się również z klimakterium, które przechodziłam bardzo ciężko.
Takim właśnie stylem życia doprowadziłam do tego, że w ubiegłym roku ważyłam 107 kg. Wyglądałam jak kolubryna. Wstydziłam się swojego wyglądu. Doszło nawet do tego, że całe miesiące siedziałam na działce, by jak najmniej ludzi mogło mnie widzieć. Z daleka omijałam lustra i chowałam się nawet przed mężem, żeby nie widział, jak okropnie wyglądam. Teraz, gdy patrzę na zdjęcia z tamtego okresu, naprawdę dziwię się, jak mogłam do takiego stanu dopuścić.
Co Panią skłoniło do przyjścia do Naturhouse przy ul. Wielopole w Krakowie?
– Jedna z klientek Pani Karoliny jest koleżanką mojej siostry. To siostra powiedziała mi, żebym poszła do Naturhouse na ul. Wielopole. Wiedziała o mojej depresji, często jej się przecież żaliłam, że wstydzę się gdziekolwiek wychodzić, że wyglądam okropnie.
I poszłam do Naturhouse, ale początkowo bez przekonania. Nie wierzyłam, że może mi się udać. Na pierwszej wizycie nawet płakałam, użalałam się nad sobą.
I poszłam do Naturhouse, ale początkowo bez przekonania. Nie wierzyłam, że może mi się udać. Na pierwszej wizycie nawet płakałam, użalałam się nad sobą.
Rodzina i znajomi zaakceptowali mnie taką, jaką byłam, ale ja mimo wszystko źle czułam się z taką nadwagą, bardzo przeszkadzał mi mój wygląd. Gdy o tym mówiłam, wszyscy doradzali mi tylko, że jeśli chcę to zmienić, to muszę sama się za to wziąć, nikt tego przecież za mnie nie zrobi. Owszem, pomogą mi, ale pierwszy krok należy do mnie.
I pomagali mi. Jeszcze zanim trafiłam do Naturhouse, córka i synowa załatwiały mi kolejne kuracje odchudzające i odwoziły mnie na konsultacje dietetyczne, ponieważ nie byłam sprawna ruchowo. Nie byłam jednak do tego przekonana, nie trafiało to do mnie, a i efektów odchudzania wtedy też nie było widać.
Poza tym nikt wcześniej mnie nie motywował, nikt nie wierzył w mój sukces. Pani Karolina Żmuda, dietetyczka Naturhouse, była pierwszą osobą, która tak naprawdę we mnie uwierzyła i zachęciła mnie do walki. I takiej zachęty właśnie potrzebowałam. Po pierwszej wizycie, jak schudłam 2.5 kg, przekonałam się, że mogę to osiągnąć. Wtedy powiedziałam sobie: „ja wam pokażę!” i zaczęłam wierzyć, że potrafię schudnąć.
– Efekty pojawiły się już na początku, po pierwszych wizytach. Przestałam mieć zadyszkę i nadciśnienie, poziom cukru się unormował. Wszystkie wcześniejsze dolegliwości stopniowo się cofały. Po pierwszym miesiącu kuracji schudłam 6 kg. Łatwiej było mi się też poruszać, więc dopiero wtedy uwierzyłam, że operacja kolana się jednak udała. Wtedy zaczęłam też dużo spacerować i zapisałam się na pływalnię.
Dziś jestem już lżejsza o 32 kg, ale walczę dalej. Skoro nie ma żadnych przeciwwskazań, to chcę jeszcze zrzucić parę kilko. Stałam się teraz bardziej pewna siebie, wiem, że potrafię, że dam radę. Już nie jestem grubą szarą myszką, jaką byłam wcześniej.
Jak wspomina Pani swoje pierwsze dni kuracji w Naturhouse?
– Pierwsze dni było to dla mnie, można powiedzieć, przestawienie się o 180 stopni. Nie umiałam przecież jeść regularnie, nie potrafiłam delektować się jedzeniem, czy starannie przygotowywać sobie posiłków. Wcześniej była „bylejakość”, teraz należało zmienić przyzwyczajenia.
Muszę się też przyznać, że przez pierwsze dni zachowywałam się jak przysłowiowa „blondynka”. Gdy na kartce z zaleceniami od Pani Karoliny było napisane, że mam zjeść taką i taką zupę, potem drugie danie i jogurt na deser, to ja to wszystko jadłam na raz, mimo że już po zjedzeniu połowy, byłam syta… Zaczął mnie boleć żołądek, więc wydawało mi się, że to z dietą jest coś nie tak. Na szczęście na drugiej wizycie Pani Karolina wyjaśniła mi, że przecież, jeśli nie czuję głodu, nie muszę jeść wszystkiego.
Czy smakują Pani zalecane produkty i potrawy?
– Tak. Dużym plusem tej diety jest to, że lubię polecane produkty, jak warzywa i owoce na surowo, zieleninę, różnego rodzaju zupy „na gwoździu”, nie muszę mieć wywaru z kości. Lubię takie rzeczy i mogę je jeść na okrągło. Trochę brakuje mi tylko owoców, które wcześniej jadłam w nadmiarze. Potrafiłam nawet zjeść całe kilo, jak miałam je pod ręką. Owoce są jednak słodkie, więc nie powinno się ich jeść za dużo.
Dziś mam już swoje ulubione potrawy i wiem, co i kiedy mogę jeść. Nauczyłam się też, żeby mieć zawsze w lodówce po kilka jogurtów, chudych serków itd., by nie było sytuacji, że przychodzi pora na posiłek, a ja nie mam w domu danego produktu i nie wiem, czy zjeść coś innego, czy biec do sklepu.
Jakie ma Pani plany na lato? Już chyba nie będzie Pani ukrywać się przed ludźmi na działce…
– Oczywiście że nie! W ogóle to pod koniec ubiegłego roku przyszedł taki moment, że poczułam, można powiedzieć, chroniczny brak towarzystwa. Coś się we mnie zmieniło. Wcześniej nigdzie raczej nie chodziłam, wstydząc się swojego wyglądu. Teraz jednak wyciągam męża do kina, do teatru, po kolacji spacerujemy. Chodzę też na basen. Zamierzam również odwiedzić rodzinę, której od wielu lat nie widziałam. W końcu zabrałam się do życia. Żałuję jednak, że tak późno. Muszę więc nadrobić stracony czas.
Zdaniem eksperta
Karolina Żmuda, dietetyk Naturhouse
Pani Władysława przyszła do nas w czerwcu zeszłego roku, oprócz nadwagi miała również kłopoty zdrowotne z kolanem. Lekarz zalecił jej zrzucić co najmniej 20 kg ze względu na endoprotezę kolana. Na pierwszą wizytę przyszła o kulach, smutna, przygnębiona, z poczuciem, że nikt w nią nie wierzy i że nic już nie jest w stanie jej pomóc. Na początku starałam się zatem podnieść ją na duchu, zmotywować i przekonać, że uda jej się schudnąć, że jest w stanie sama to zrobić. Pierwsze spotkanie minęło nam więc nie tyle na rozmowie o samej diecie, co na motywowaniu, przekonaniu pani Władysławy, by zaczęła walczyć i pokonała ten swój wewnętrzny strach.
I udało się. Po pierwszej wizycie spadło 2.5 kg. Gdy Pani Władzia zobaczyła wynik na jednej wadze, nie wierzyła. Potem zważyła się na drugiej i dopiero wtedy do niej dotarło, że schudła. Zmierzyłyśmy też obwody i było już po 2-3 cm mniej.
Następnie z tygodnia na tydzień było coraz lepiej. Po pewnym czasie zauważałyśmy też, że Pani Władzia pojawia się już tylko z jedną kulą, a w końcu już w ogóle bez niej. Poza tym zmiany widać było już, jak wchodziła, zanim jeszcze stawała na wagę. Od razu widziałyśmy np., że spodnie są za luźne.
W tym momencie Pani Władysława waży 75 kg, czyli od czerwca zeszłego roku udało nam się zrzucić już 32 kg, ale dążymy jeszcze, by było to 40 kg. Oczywiście w czasie kuracji pojawiły się pewne momenty kryzysowe, gdy np. w zimie był większy apetyt i waga mniej spadała, albo parę razy był też wzrost wagi, jednak korygowałyśmy to na bieżąco tzw. dietami uderzeniowymi.
W tym momencie wszystko się już zmieniło, nie tylko wagowo, ale i zdrowotnie. Odciążyłyśmy też kręgosłup i kolana. W dodatku Pani Władzia jest osobą, która tętni życiem, przychodzi z uśmiechem na twarzy. Diametralnie zmieniła się pod kątem podejścia do życia, ma takie poczucie, że nic jej już nie zniszczy, że zawsze sobie poradzi.



(0)

Napisz komentarz