---------- R E K L A M A ----------
Strona korzysta z plików "cookies" zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania/dostępu do plików "cookies" w Twojej przeglądarce.
Glos24.pl

[Felieton] Wakacje to budowania czas

Mimo że lato w pełni, wakacje i czas urlopów, to z pewnością nie dla większości samorządowców, dla których wakacyjne miesiące to sam środek sezonu inwestycyjnego, choć głośniej może i donośniej rozchodzą się informacje o odbywających…...

[Felieton] Rajcy na wakacjach

Nasze miasto jest w trakcie procedur uchwalania nowego studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego. Jest to dokument bardzo ważny, bo pokazuje co i gdzie może zostać w przyszłości zbudowane. Na jego podstawie opracowuje się…...

[Informacja] Freski znów cieszą oko

Odkryte w siedzibie tarnowskich policjantów polichromie ścienne doczekały się renowacji....

[Informacja] Bezpłatne badania pH gleby

Od lipca 2014 do maja 2015 roku na terenie Powiatu Chrzanowskiego przeprowadzane są bezpłatne badania pH gleby....

[Informacja] „Tradycja” pojedzie do Tarnogrodu

Sztuką „Spowiedź w drewnie”, przywołującą ostatnie chwile rzeźbiarza Jędrzeja Wowry, Teatr Ludowy „Tradycja” wywalczył nominację na Ogólnopolski Sejmik Teatrów Wsi Polskiej w Tarnogrodzie....

[Informacja] Rury zniknęły

Na „łąkach” wybudują drogę?...

[Informacja] Synthos zainwestuje ponad 630 milionów złotych

W Oświęcimiu powstanie 200 nowych miejsc pracy....

[Spotkanie] Wieczór Czwartkowy w Muzeum Tatrzańskim

Muzeum Tatrzańskie serdecznie zaprasza na pierwszy z dwóch Wieczorów Czwartkowych poświęconych dzieciństwu pod Tatrami....

[Spotkanie] „Opowieści o przewodnikach tatrzańskich, cz.2: Klemens Bachleda i Maciej Gąsienica-Sieczka”

W dniu 6 sierpnia (środa) zapraszamy na kolejne górskie spotkanie z cyklu „Muzeum Tatrzańskie w Dworcu Tatrzańskim”. Jego bohaterami będą słynni XIX-wieczni przewodnicy tatrzańscy I klasy: Klemens Bachleda i Maciej Gąsienica-Sieczka. Spotkanie…...

[Informacja] Konkurs fotograficzny „WAKACJE ZE SMARTFONEM”

Dom Kultury w Wolbromiu zaprasza do uczestnictwa w konkursie fotograficznym „WAKACJE ZE SMARTFONEM” Konkurs jest przeznaczony dla dzieci i młodzieży do 26. roku życia. Przedmiotem konkursu są zdjęcia z wakacji wykonane za pomocą telefonów…...

Przyczytaj również

Komentarze (0)

Kiedy dzwoni telefon, wiem, że jestem potrzebny

Kiedy dzwoni telefon, wiem, że jestem potrzebny
Nigdy nie wyłącza telefonu. Pacjenci przecież nie wybierają, kiedy mają chorować.
Rozmowa z prof. dr hab. med. Jerzym Sadowskim, kierownikiem Kliniki Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii w Szpitalu im. Jana Pawła II, Dyrektorem Instytutu Kardiologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum

Panie Profesorze, niedawno otrzymał Pan nadawany przez Polskie Towarzystwo Lekarskie medal „Gloria Medicinae”. Czy wśród tych wszystkich nagród, jakie dostał Pan do tej pory, ten medal jest w jakiś sposób szczególny?

– Właściwie to jest nagroda o tyle szczególna, że nadawana przez Polskie Towarzystwo Lekarskie, czyli jest to nagroda od lekarzy dla lekarza. Co roku grono lekarzy przyznaje medale „Gloria Medicinae” dziesięciu przedstawicielom świata medycznego. Cenne jest, że krakowska Klinika Kardiochirurgii została zauważona, że jest takim miejscem w Polsce, które się wyróżnia.

Czy takie nagrody mobilizują zespół do pracy?

– To nie jest mobilizacja, wszystkie nagrody są jakby „po drodze” i nie wpływają na naszą pracę. Napęd do pracy mamy i bez nagród. Nasz zespół jest wyjątkowy, pracuje bardzo ciężko 24 godziny na dobę i cały czas ma nowe pomysły. W tym roku dostaliśmy też drugą ważną nagrodę przyznawaną przez „Puls Medycyny” – Złoty Skalpel za innowacje w medycynie. Doceniono to, że jesteśmy nowoczesną kliniką, która ciągle stara się wprowadzać coś nowego,  często wyprzedzając nawet kolegów z zagranicy.

Jeśli chodzi o kardiochirurgię, to jesteśmy w pierwszej lidze światowej. Mamy kontakt z czołowymi ośrodkami na świecie i wymieniamy z nimi doświadczenia. Teraz na przykład, kiedy z Panią rozmawiam, mamy dziesięciu lekarzy ze Stanów Zjednoczonych, którzy przyjechali do nas uczyć się, jak wykonywać zabieg zamykania uszka lewego przedsionka. Jest to mało inwazyjna operacja, która polega na zamykaniu części lewego przedsionka, w miejscu, gdzie tworzą się skrzepliny. Dotychczas mamy największe doświadczenie na świecie  w tego typu zabiegach i na pewno szybko się to nie zmieni. Zoperowaliśmy tymi metodami  prawie 150 pacjentów i rzeczywiście niezwykle często przyjeżdża do nas ktoś, kto jest zainteresowany poznaniem tej metody. Poza tym kolega z naszej Kliniki, mój asystent dr Krzysztof Bartuś, który wyspecjalizował się w wykonywaniu tego zabiegu jest zapraszany w różne miejsca na świecie, czy to do Frankfurtu, czy do San Francisco, jako ekspert na kongresy poświęcone tej metodzie. Ale to tylko jeden z przykładów. W naszej klinice te kontakty międzynarodowe są bardzo żywe. Właściwie to nie ma tygodnia, żeby się coś nie działo, bo albo do nas ktoś przyjeżdża, by od nas się nauczyć najnowszych metod, albo my wyjeżdżamy i prezentujemy nasze osiągnięcia.

Krakowska kardiochirurgia znana jest jednak w świecie nie tylko z wykonywania zabiegu zamykania uszka lewego przedsionka.

– Oczywiście. To jest tylko jeden z zabiegów. W naszej klinice rocznie wykonujemy około 2,5 tys. zabiegów w krążeniu pozaustrojowym, a do tego około 500 zabiegów na naczyniach. Rocznie jest u nas operowanych około 3 tys. osób. Jesteśmy w stanie wykonać  absolutnie wszystkie operacje kardiochirurgiczne znane w świecie. Oczywiście operujemy przede wszystkim pacjentów z Województwa Małopolskiego, ale przyjeżdżają specjalnie do nas pacjenci nie tylko z całej Polski, a również z zagranicy.

Jakie zmiany w kardiochirurgii zachodzą teraz, na „naszych oczach”?

– Kardiochirurgia to ciągle nowe wyzwania. Czym się różni kardiochirurg z poszczególnych stuleci? W XIX wieku był trochę cyrulikiem, trochę chirurgiem, trochę lekarzem, stały przed nim zupełne inne wyzwania niż teraz. Potem w XX wieku najistotniejsza stała się perfekcyjna technika chirurgiczna i tu wybijali się ci chirurdzy, którzy byli manualnie zdolni i mieli pomysły. Z kolei w XXI wieku coraz wyraźniej widzimy już, że kardiochirurgia to współpraca różnych dziedzin. Wszystkie nowe rzeczy powstają bowiem na styku kardiochirurgii z innymi dziedzinami – z urologią, torakochirurgią, z kardiologią inwazyjną, z radiologią, chirurgią naczyniową itd. Tu w Szpitalu im. Jana Pawła II mamy unikalną sytuację, że wszystkie te specjalności są w jednym miejscu. Kiedy pojawia się pacjent, zbieramy grupę lekarzy – kardiochirurga, chirurga naczyniowego i kardiologa inwazyjnego i wspólnie podejmujemy decyzję na temat leczenia. Dla konkretnego pacjenta to jest sytuacja idealna.

XXI wiek to zatem kooperacja różnych dziedzin. Nawet w jednej hybrydowej sali operacyjnej działają różne specjalności. Kiedyś sala operacyjna to była świętość chirurga, dziś wyposażona jest w dodatkowy sprzęt, który obsługują też lekarze innych specjalności. Dzięki temu możemy robić znacznie więcej i z korzyścią dla pacjenta.

Panie Profesorze, a co dla Pana jest bodźcem do pracy? Co Pana najbardziej motywuje?

– Jest takie powiedzonko, że w pewnym wieku należy już tylko odcinać kupony. Gdy ja coś takiego słyszę, to dostaję szału. Dla mnie to w ogóle nieznane pojęcie. Co to znaczy „odcinać kupony”? To znaczy, że człowiek się już tak napracował, że nic więcej nie musi robić? Według mnie to okropne stwierdzenie. Ja osobiście nie mógłbym tak zupełnie odciąć się od pracy, cały czas widzę, ile jeszcze jest do zrobienia. Mobilizuje mnie przede wszystkim to, że czuję się potrzebny. Myślę, że to jest główny motor do działania. Jeśli przez parę godzin nie ma do mnie telefonu, to zastanawiam się, czy rzeczywiście nikt mnie nie chce, nikt mnie nie potrzebuje? Jest wtedy taki wewnętrzny niepokój, że coś się dzieje nienajlepiej... Ale jak dzwoni telefon, czy to w dzień, czy w nocy, to wiem, że jednak ktoś mnie potrzebuje i moi asystenci wiedzą, że zawsze mogą na mnie liczyć. Nie ma takiej godziny, żeby nie wypadało do mnie zadzwonić. Mój kalendarz to wariactwo, ale ja się w tym dobrze czuję. Czasem narzekam, mówię, że już więcej nie mogę, że już padam, ale mimo wszystko wiem, że dobry lekarz nie może funkcjonować inaczej.

Czyli nie zmieniłby Pan swojej pracy na żadną inną.

– Nie, nigdy.

A co w niej lubi Pan najbardziej?


– Najbardziej lubię operować. Sala operacyjna to taka spokojna enklawa, gdzie mam swoją ulubioną muzykę. Słucham RMF Classic i jak wchodzę na salę, to mam już nawet ustawioną tę konkretną, bezkonkurencyjną, odpowiednią dla mnie stację. Na sali operacyjnej mamy bardzo dobry sprzęt audio i świetną akustykę, dlatego jak operuję, to zawsze słucham, czy to muzyki filmowej, czy poważnej, czasem orkiestry symfonicznej, a innym razem zespołów jazzowych - jest to muzyka, którą raczy nas każdego dnia właśnie RMF Classic.


 
Kiedy człowiek operuje, jest odcięty od całego świata. Wtedy akurat nie ma telefonów. Nikt nie przeszkadza. Lekarz zmaga się tylko z problemem operacyjnym. Sala operacyjna to najprzyjemniejsze miejsce, zwłaszcza dla wytrawnego chirurga. Jak się już z niej wychodzi, to na nowo zaczyna się walka z całym światem...

A ma Pan swoją ulubioną operację?

– Nie, ja wszystko lubię, każdy zabieg. Fascynują mnie jednak nowe rzeczy, których jeszcze nie robiłem. A ciągle takie są. Ja bardzo lubię nowe wyzwania. Czasem wydaje nam się, że już wszystko wiemy w kardiochirurgii, a tak nie jest. Mimo że pracuję już ponad  trzydzieści lat, to jednak cały czas się czegoś nowego uczę.

Panie Profesorze, a pamięta Pan jeszcze swoją pierwszą operację na sercu?

– Oczywiście, że pamiętam. Pierwszą operację zrobiłem w Łodzi w 1979 roku, na krótko przed przeniesieniem się do Krakowa. Asystował mi wtedy mój wielki nauczyciel, prof. Jacek Moll, pionier kardiochirurgii, a było to wszczepienie zastawki aortalnej. I muszę Pani powiedzieć, że ten mój pierwszy pacjent, który pochodził, o ile dobrze pamiętam, z Mazur, trafił do mnie po dwudziestu kilku latach. Odszukał mnie i specjalnie przyjechał do Krakowa. Zepsuła mu się wtedy druga zastawka - mitralna. Operowałem więc po raz drugi mojego pierwszego pacjenta. Wymieniłem mu też wtedy zastawkę aortalną, bo mimo że nie wyglądała jeszcze źle, to jednak była to zastawka starego typu, o żywotności około dwudziestu lat. To było bardzo miłe uczucie, zobaczyć swoje pierwsze „dzieło” po latach…

Dlaczego akurat serce? Dlaczego kardiochirurgia? Czy myślał Pan też kiedyś o wyborze innego zawodu?

– To długa historia. Miałem bardzo różne zainteresowania, myślałem na przykład, by zostać operatorem filmowym, albo historykiem sztuki. Pochodzę jednak z rodziny lekarskiej - ojciec był ortopedą, a mama bakteriologiem, więc chyba trochę ta atmosfera domu mnie ostatecznie przekonała... Chociaż na początku człowiek młody, zbuntowany chciał robić całkiem coś innego niż rodzice… Ale potem dojrzałem do tej decyzji i zostałem lekarzem. Zaraz po medycynie myślałem też o historii sztuki, ale jak już „wpadłem” w kardiochirurgię, to nie było odwrotu. Wszystko już przegrywało z kardiochirurgią… Serce to taki szczególny narząd…

Praca pochłania mnóstwo Pańskiej energii, a jest też przecież rodzina. Jak udaje się to pogodzić?

– Ważne jest to, że mam takie zaplecze w postaci domu. Człowiek może dużo czasu poświęcać zawodowi lekarza, swoim pacjentom i całej działalności naukowej, jeśli ma ku temu odpowiednie warunki w domu. Inaczej taka praca i sukcesy nie byłyby możliwe. Bardzo ważna jest partnerka, która potrafi przymknąć oko na dość częste braki czasowe i tak wszystko zorganizować, żeby rodzina funkcjonowała normalnie. Ja mam to szczęście, że moja żona też jest pasjonatką medycyny, rozumie wymagania mojej pracy i mojego zawodu, i dzielnie uzupełnia mnie w sprawach domowych.

Ale Święta zawsze spędzacie razem?

– Tak, oczywiście. Święta u nas w domu są bardzo celebrowane, staramy się je obchodzić w sposób tradycyjny. W Polsce tradycje świąteczne są piękne i dlatego nie chcemy nigdzie wyjeżdżać. Zawsze spędzamy ten czas w domu. Mamy trójkę małych dzieci i staramy się im zapewnić prawdziwe, rodzinne Święta.

Ubiera Pan wspólnie z dziećmi choinkę?

– Ależ oczywiście! To jest taka tradycja, że nie mogę jej zaniechać. Jesteśmy naprawdę bardzo tradycyjni. Chciałbym, żeby tak było zawsze.

A zdarzyło się kiedyś, że coś wybiło Pana ze świątecznego nastroju?

– Czasem tak się zdarza, ale przyzwyczaiłem się już do tego. Takich sytuacji nie można przecież przewidzieć. Kiedyś w Sylwestra przeszczepiałem serce, więc na zabawę sylwestrową trafiłem dopiero o 3:00 rano.

Zawsze jestem dyspozycyjny. Jeśli cokolwiek się dzieje w klinice, to koledzy mogą się zawsze mnie poradzić. Wolę, żeby zadzwonili i zapytali, jeśli mają jakiekolwiek wątpliwości.

Czyli Pański telefon zawsze jest włączony.

– Oczywiście że tak. Chyba że jestem np. w teatrze, to telefon jest wyciszony i gdy odbieram, to mówię, że mogę słuchać, ale nie mogę mówić. Ale telefon zawsze staram się odebrać. Jeśli z jakiejś przyczyny bym tego nie zrobił, to zaraz jak tylko zobaczę, że było połączenie, to zawsze oddzwaniam. Musimy być całą dobę przygotowani. Pacjenci przecież nie wybierają, kiedy mają chorować. Potrzebna jest więc taka dyspozycyjność całe życie i całodobowo. Nie ma innego wyjścia. W każdej chwili może się przecież zdarzyć coś nieprzewidzianego.


Rozmawiała

Anna Piątkowska-Borek















Komentarze Komentarze

Artykuł nie był jeszcze komentowany.

Napisz komentarz Napisz komentarz

Imię lub pseudonim
Proszę podać swoje imię lub pseudonim.
E-mail
Komentarz
Proszę napisać treść komentarza.
captcha
Przepisz kod z obrazka