Każdy przypadek jest najważniejszy

Rozmowa z dr hab. med. Jackiem Puchałą, kierownikiem Dziecięcego Centrum Oparzeniowego i Ordynatorem Oddziału Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Oparzeń Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.
Jako pierwszy w Polsce rozpoczął leczenie pacjentów za pomocą Integry, która pozwala na zminimalizowanie szpecących blizn i przyspiesza gojenie się ran. W Dziecięcym Centrum Oparzeniowym w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie Integrę wszczepiono już 32 pacjentom.
W październiku 2008 roku otrzymał Pan prestiżową nagrodę, Złotą Brzytwą im. Zory Janžekovič, przyznawaną przez Europejski Klub Oparzeń Dziecięcych. Jednocześnie, poza samą Zorą Janžekovič, jest Pan jej pierwszym laureatem. Czym jest dla Pana ta nagroda?
To dla mnie wielki honor, dowód uznania ze strony środowiska medycznego za to, co robię przez całe życie. Jest to nagroda tym bardziej wartościowa, ponieważ po raz pierwszy dostała ją osoba, która nie jest dawcą tytułu/nazwiska. Trzy lata temu pierwszą Złotą Brzytwę wręczono bowiem samej Zorze Janžekovič, która w latach 60-tych XX wieku, w dawnej Jugosławii, obecnie Słowenii, rozpoczęła samodzielnie leczenie głębokich oparzeń metodą radykalnych i głębokich wycięć oparzonych obszarów skóry. Powiększyło to szanse przeżycia pacjentów. Teraz pierwszą, można powiedzieć już regularną Złotą Brzytwą obdarowano mnie. Jest to więc szczególne wyróżnienie.
Ale czy to jest dla Pana największa nagroda za pracę?
Oczywiście, że nie. Największą nagrodą jest życie tych dzieci, które pozostają pod moją opieką. Tą nagrodą jest właśnie ich zdrowie i uśmiech, gdy w pewnym momencie wydaję im już kartę wypisową ze szpitala i mogą pójść do domu.
Jaki był najtrudniejszy przypadek, któremu musiał Pan stawić czoło?
Każdy przypadek jest najważniejszy i najtrudniejszy. Przy każdym może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Każdy może przynieść szczególne trudności i komplikacje. W przypadku oparzeń nawet te pozornie niewielkie mogą prowadzić do śmierci, gdy uszkodzone zostaną tzw. okolice wstrząsorodne. Może się wydawać, że oparzenie jest małe i nie niebezpieczne, głębokie, tymczasem z powodu dużego unerwienia tych miejsc, może dojść do reakcji wstrząsowej, która niejednokrotnie może prowadzić nawet do śmierci. Każdy pacjent inaczej reaguje na różne urazy. Tak więc każdy przypadek jest najważniejszy, gdyż za każdym razem w moje ręce oddawany jest los danego dziecka.
Co jest najczęstszą przyczyną oparzeń u dzieci? Na co należałoby zwrócić uwagę rodziców?
Przede wszystkim trzeba obudzić w sobie wyobraźnię. Ludziom jej niestety brakuje. Trzeba też znaleźć trochę więcej czasu dla dzieci. W dzisiejszym, pseudo-cywilizacyjnym, głównie biznesowym pędzie, zapomina się o tym, co najważniejsze, a później ktoś się dziwi i mówi „…o !!!, coś się stało!” A tu nie stało się samo. Ktoś zawinił i to na pewno nie dziecko. Trudno przecież oczekiwać od dwu- lub trzylatka, że będzie uważał i nie ulegnie wypadkowi. Dzieci są ciekawe świata i zawsze chcą się czegoś dowiedzieć i czegoś doświadczyć. Ich wyobraźnia nie wie jeszcze, że coś im się może złego wydarzyć. Obowiązek chronienia dzieci spada zatem głównie na dorosłych.
Jestem przekonany, że 90% oparzeń można by uniknąć. Ich przyczyną są bowiem niedopatrzenia opiekunów. Wiadomo, że nie wszystkich wypadków da się uniknąć, ale większości na pewno. W grę wchodzi kwestia odpowiedniego umeblowania, zabezpieczenia kontaktów, nie stawienia gorących rzeczy w pobliżu miejsc, gdzie przebywają dzieci, a także nauczenie ich, że nie należy podchodzić na przykład do kuchenki.
W wyniku ewentualnego wypadku dziecko może zostać okaleczone nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Urazy mogą pozostać nawet do końca życia, nie wszystko bowiem da się do końca wyleczyć.
Jeśli nowoczesna szkoła bezstresowego wychowania będzie nadal dominować, to będą tego niestety zgubne efekty. Dziecko musi słuchać dorosłych i nauczyć się, że nie może na przykład dotykać gorących rzeczy.
Czego najbardziej boi się Pan podczas operacji?
Zawsze przyjmuję takie założenie: mój pacjent po operacji musi wyglądać lepiej niż przed nią. Nie mogę jednak jej się bać. Strach podczas operacji paraliżowałby mnie tylko. Mogę się obawiać, ale nie bać. Mimo że mam 30 lat praktyki, zawsze się czegoś obawiam. Nigdy do końca nie wiadomo, co może się stać, nie wszystko da się przewidzieć.
Do krakowskiego Dziecięcego Centrum Oparzeń ustawiają się długie kolejki oczekujących na operację. Z jakimi problemami prowadzony przez Pana Oddział Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Oparzeń oraz Dziecięce Centrum Oparzeń na co dzień się borykają? Czy są wystarczająco finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia?
W tej chwili są nadal prowadzone rozmowy z NFZ-em. Jak na razie na Oddziale Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Oparzeń oraz w Dziecięcym Centrum Oparzeń, które prowadzę, nie ma zasadniczych problemów. Owszem, liczymy wydatki i staramy się je ograniczać, ale nigdy nie było takiego przypadku, żeby zabrakło jakiegoś leku lub nie odbył się zabieg, który mógłby uratować życie dziecka. Nigdy się tak nie zdarzyło.
Szpital ma problemy finansowe, takie - jakie ma, i przekłada się to niestety na działalność mojego Oddziału. Sprawy „ostre”, nagłe są jednak załatwiane na bieżąco. Każda pomoc jest udzielana bez ograniczeń i będzie udzielana nadal.
Inaczej jest w przypadku operacji planowanych. Tu czas czekania się ciągle wydłuża. Nadal przybywa nam pacjentów i to z różnych stron Polski, ale każdy z nas ma tylko dwie ręce. Przydałoby się więc, żeby zespół był dwu-, a nawet trzykrotnie większy. Wtedy pacjenci może czekaliby krócej. A tak sprawa się niestety komplikuje. Przyjeżdżają do nas pacjenci z różnych miast całej Polski, w poradni przyjmujemy nawet po trzydziestu dziennie. Jeśli się okazuje, że każdy musi przejść zabieg, czasem nawet kilkakrotnie (leczenie wieloetapowe, typowe dla chirurgii korekcyjno-rekonstrukcyjnej), to kolejka się niestety wydłuża. Czasem pacjenci czekają nawet dwa lata na operację. Spowodowane to jest m.in. ograniczonym dostępem do bloku operacyjnego, gdzie na operacje muszą także czekać pacjenci innych podspecjalności, a dziecięca chirurgia plastyczna, jako nie decydująca bezpośrednio o życiu pacjenta, ma swoje odpowiednio dalekie miejsce, w tej nieszczęsnej „kolejce”.
Na koniec Pana opinia na temat polskiej służby zdrowia. Co należałoby poprawić?
Tak na dobrą sprawę to nigdzie na świecie nie istnieje idealna służba zdrowia. Nasz system na obecnym etapie jest dalece niezadowalający. Zmienia się częściowo w dobrym kierunku, ale daleko mu jeszcze do doskonałości. Do prac przy opracowywaniu ustaw i przy przygotowywaniu reform my, którzy na co dzień pracujemy z pacjentem, jesteśmy niestety namiernie rzadko, dalece niedostatecznie - włączani. Mimo, że urzędnicy mogą mieć nawet najlepsze chęci, to jednak nie znają oni prawdziwych realiów codziennej pracy w tzw „terenie”. Nasz kraj poza tym jest ciągle zbyt biedny, żeby znaleźć rzeczywiste rozwiązania kompleksowe, z najlepszym efektem jednocześnie dla pacjentów i pracowników służby zdrowia.
Rozmawiała:
Anna Maria Piątkowska
W październiku 2008 roku otrzymał Pan prestiżową nagrodę, Złotą Brzytwą im. Zory Janžekovič, przyznawaną przez Europejski Klub Oparzeń Dziecięcych. Jednocześnie, poza samą Zorą Janžekovič, jest Pan jej pierwszym laureatem. Czym jest dla Pana ta nagroda?
To dla mnie wielki honor, dowód uznania ze strony środowiska medycznego za to, co robię przez całe życie. Jest to nagroda tym bardziej wartościowa, ponieważ po raz pierwszy dostała ją osoba, która nie jest dawcą tytułu/nazwiska. Trzy lata temu pierwszą Złotą Brzytwę wręczono bowiem samej Zorze Janžekovič, która w latach 60-tych XX wieku, w dawnej Jugosławii, obecnie Słowenii, rozpoczęła samodzielnie leczenie głębokich oparzeń metodą radykalnych i głębokich wycięć oparzonych obszarów skóry. Powiększyło to szanse przeżycia pacjentów. Teraz pierwszą, można powiedzieć już regularną Złotą Brzytwą obdarowano mnie. Jest to więc szczególne wyróżnienie.
Ale czy to jest dla Pana największa nagroda za pracę?
Oczywiście, że nie. Największą nagrodą jest życie tych dzieci, które pozostają pod moją opieką. Tą nagrodą jest właśnie ich zdrowie i uśmiech, gdy w pewnym momencie wydaję im już kartę wypisową ze szpitala i mogą pójść do domu.
Jaki był najtrudniejszy przypadek, któremu musiał Pan stawić czoło?
Każdy przypadek jest najważniejszy i najtrudniejszy. Przy każdym może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Każdy może przynieść szczególne trudności i komplikacje. W przypadku oparzeń nawet te pozornie niewielkie mogą prowadzić do śmierci, gdy uszkodzone zostaną tzw. okolice wstrząsorodne. Może się wydawać, że oparzenie jest małe i nie niebezpieczne, głębokie, tymczasem z powodu dużego unerwienia tych miejsc, może dojść do reakcji wstrząsowej, która niejednokrotnie może prowadzić nawet do śmierci. Każdy pacjent inaczej reaguje na różne urazy. Tak więc każdy przypadek jest najważniejszy, gdyż za każdym razem w moje ręce oddawany jest los danego dziecka.
Co jest najczęstszą przyczyną oparzeń u dzieci? Na co należałoby zwrócić uwagę rodziców?
Przede wszystkim trzeba obudzić w sobie wyobraźnię. Ludziom jej niestety brakuje. Trzeba też znaleźć trochę więcej czasu dla dzieci. W dzisiejszym, pseudo-cywilizacyjnym, głównie biznesowym pędzie, zapomina się o tym, co najważniejsze, a później ktoś się dziwi i mówi „…o !!!, coś się stało!” A tu nie stało się samo. Ktoś zawinił i to na pewno nie dziecko. Trudno przecież oczekiwać od dwu- lub trzylatka, że będzie uważał i nie ulegnie wypadkowi. Dzieci są ciekawe świata i zawsze chcą się czegoś dowiedzieć i czegoś doświadczyć. Ich wyobraźnia nie wie jeszcze, że coś im się może złego wydarzyć. Obowiązek chronienia dzieci spada zatem głównie na dorosłych.
Jestem przekonany, że 90% oparzeń można by uniknąć. Ich przyczyną są bowiem niedopatrzenia opiekunów. Wiadomo, że nie wszystkich wypadków da się uniknąć, ale większości na pewno. W grę wchodzi kwestia odpowiedniego umeblowania, zabezpieczenia kontaktów, nie stawienia gorących rzeczy w pobliżu miejsc, gdzie przebywają dzieci, a także nauczenie ich, że nie należy podchodzić na przykład do kuchenki.
W wyniku ewentualnego wypadku dziecko może zostać okaleczone nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Urazy mogą pozostać nawet do końca życia, nie wszystko bowiem da się do końca wyleczyć.
Jeśli nowoczesna szkoła bezstresowego wychowania będzie nadal dominować, to będą tego niestety zgubne efekty. Dziecko musi słuchać dorosłych i nauczyć się, że nie może na przykład dotykać gorących rzeczy.
Czego najbardziej boi się Pan podczas operacji?
Zawsze przyjmuję takie założenie: mój pacjent po operacji musi wyglądać lepiej niż przed nią. Nie mogę jednak jej się bać. Strach podczas operacji paraliżowałby mnie tylko. Mogę się obawiać, ale nie bać. Mimo że mam 30 lat praktyki, zawsze się czegoś obawiam. Nigdy do końca nie wiadomo, co może się stać, nie wszystko da się przewidzieć.
Do krakowskiego Dziecięcego Centrum Oparzeń ustawiają się długie kolejki oczekujących na operację. Z jakimi problemami prowadzony przez Pana Oddział Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Oparzeń oraz Dziecięce Centrum Oparzeń na co dzień się borykają? Czy są wystarczająco finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia?
W tej chwili są nadal prowadzone rozmowy z NFZ-em. Jak na razie na Oddziale Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Oparzeń oraz w Dziecięcym Centrum Oparzeń, które prowadzę, nie ma zasadniczych problemów. Owszem, liczymy wydatki i staramy się je ograniczać, ale nigdy nie było takiego przypadku, żeby zabrakło jakiegoś leku lub nie odbył się zabieg, który mógłby uratować życie dziecka. Nigdy się tak nie zdarzyło.
Szpital ma problemy finansowe, takie - jakie ma, i przekłada się to niestety na działalność mojego Oddziału. Sprawy „ostre”, nagłe są jednak załatwiane na bieżąco. Każda pomoc jest udzielana bez ograniczeń i będzie udzielana nadal.
Inaczej jest w przypadku operacji planowanych. Tu czas czekania się ciągle wydłuża. Nadal przybywa nam pacjentów i to z różnych stron Polski, ale każdy z nas ma tylko dwie ręce. Przydałoby się więc, żeby zespół był dwu-, a nawet trzykrotnie większy. Wtedy pacjenci może czekaliby krócej. A tak sprawa się niestety komplikuje. Przyjeżdżają do nas pacjenci z różnych miast całej Polski, w poradni przyjmujemy nawet po trzydziestu dziennie. Jeśli się okazuje, że każdy musi przejść zabieg, czasem nawet kilkakrotnie (leczenie wieloetapowe, typowe dla chirurgii korekcyjno-rekonstrukcyjnej), to kolejka się niestety wydłuża. Czasem pacjenci czekają nawet dwa lata na operację. Spowodowane to jest m.in. ograniczonym dostępem do bloku operacyjnego, gdzie na operacje muszą także czekać pacjenci innych podspecjalności, a dziecięca chirurgia plastyczna, jako nie decydująca bezpośrednio o życiu pacjenta, ma swoje odpowiednio dalekie miejsce, w tej nieszczęsnej „kolejce”.
Na koniec Pana opinia na temat polskiej służby zdrowia. Co należałoby poprawić?
Tak na dobrą sprawę to nigdzie na świecie nie istnieje idealna służba zdrowia. Nasz system na obecnym etapie jest dalece niezadowalający. Zmienia się częściowo w dobrym kierunku, ale daleko mu jeszcze do doskonałości. Do prac przy opracowywaniu ustaw i przy przygotowywaniu reform my, którzy na co dzień pracujemy z pacjentem, jesteśmy niestety namiernie rzadko, dalece niedostatecznie - włączani. Mimo, że urzędnicy mogą mieć nawet najlepsze chęci, to jednak nie znają oni prawdziwych realiów codziennej pracy w tzw „terenie”. Nasz kraj poza tym jest ciągle zbyt biedny, żeby znaleźć rzeczywiste rozwiązania kompleksowe, z najlepszym efektem jednocześnie dla pacjentów i pracowników służby zdrowia.
Rozmawiała:
Anna Maria Piątkowska



(0)

Napisz komentarz